Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bastille. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bastille. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 września 2014

13. Dom artysy i moja Jaskinia

               Przez chwilę chciałam zawrócić i wymknąć się z pomieszczenia niezauważona, ale ciemność szeptała przez szparę w drzwiach, sprawiając, że zrobiłam krok do przodu. Stałam w niewielkim holu. Na wieszakach znajdowało się kilka płaszczy, pod ścianą w równym rządku stały męskie buty.
               - Dobrze, że wreszcie jesteś.
               Drgnęłam, gdy usłyszałam spokojny głos, dochodzący z głębi mieszkania. Był niski i mocny, z ledwo wychwytywalną chrypą. Należał do starca, który nie miał zamiaru łatwo poddać się działaniu czasu.
               - Eee... - odezwałam się niepewnie. - Dobry wieczór?
               - Wchodź, wchodź...
               Nie chciałam korzystać z zaproszenia. Nigdy nie widziałam pana Grant'a. Dan mówił jednak, że facet jest całkiem miły, gdy umie się zaskarbić sobie jego życzliwość.
               - Ja przepraszam, że tak bez zapowiedzi - powiedziałam przez ściśnięte gardło, robiąc kilka kroków w stronę światła, dochodzącego z sąsiedniego pokoju. - Po prostu światło na korytarzu zgasło i...
               - Czekałem na ciebie.
               Zatrzymałam się tuż przed przymkniętymi drzwiami. Przez sporą szparę widziałam fragment białej ściany. Poczułam zapach farb i terpentyny.
               - Na mnie? - spytałam cicho.
               - Na kogoś, kto ma duszę artysty - odparł mężczyzna. - Masz duszę artysty dziewczynko?
               - N-nie wiem.
               - Zaraz się przekonamy. No wchodźże! Ile mam czekać?
               Mogłam się jeszcze wycofać. Mogłam uciec i udawać, że nigdy mnie tu nie było. Ale chyba byłam zbyt zaciekawiona tajemniczym właścicielem kamienicy.
               Popchnęłam drzwi i znalazłam się w ciasnym salonie. A może raczej pracowni malarskiej. Na każdej możliwej do wykorzystania powierzchni były powieszone obrazy. Zamalowane płótna opierały się rzędami o ściany. Wszędzie rozstawiono sztalugi z niedokończonymi pracami. Na środku znajdował się wygodny stołek i wielki stół pokryty najróżniejszymi rodzajami farb, kredek, pasteli, ołówków, pędzli i innych przyrządów do malowania, o których nie miałam pojęcia. Żarówki w pomieszczeniu doskonale imitowały światło dzienne.
               Na stołku siedział wysoki mężczyzna, z pędzlem w wysuszonej dłoni. Jego ciemne, mądre oczy, wpatrujące się we mnie uważnie, sprawiły, że przez chwilę miałam ochotę cofnąć się z krzykiem. Spojrzenie mężczyzny było zbyt wilcze. Zbyt podobne do koszmaru.
               - Tak myślałem, że to ty - powiedział z zadowoleniem pan Grant. - Witam artystkę w moich skromnych progach.
               Zatoczył pędzlem niewielki łuk, prezentując mieszkanie, a ja przyjrzałam się obrazom. Różniły się techniką wykonania, ale w każdym można było wyczuć dłoń tego samego malarza. Bardzo uzdolnionego malarza. Wszystkie prace charakteryzowały się płynnymi ruchami pędzla i przyciemnionymi barwami, jakby zostały stworzone po zmroku. Chociaż nie znałam się na sztuce, każdy obraz był według mnie zachwycająco piękny. Moja sympatia do ich autora od razu odrobinę wzrosła. Jakoś łatwiej zaakceptować czyjeś dziwne zachowanie, gdy ma się do czynienia z artystyczną duszą.
               - Chyba niewielka ze mnie artystka przy panu - mruknęłam,
               Mężczyzna parsknął rozbawiony. Gdy spojrzałam na niego ponownie, w oczach gospodarza pojawił się lekki uśmiech. Teraz już zupełnie nie przypominał Wilczej Dziewczyny. Miałam do czynienia po prostu... ze zwykłym facetem
               Twarz pana Grant'a była nienaturalnie blada i poznaczona licznymi oznakami starości. Mężczyzna wyglądał na jakieś 57 lat. Miał suchą skórę na łokciach i dłoniach, a na czarnej koszulce widniały kolorowe plamy z farby. Siwe włosy zaczesał do tyłu. Co dziwne ze starością było mu do twarzy. Zupełnie jakby wymalował sobie taką urodę i miał władzę nad każdym szczegółem, każdą zmarszczką i ułożeniem białego włosa.
               - Sztuka to tworzenie - odparł malarz. - Nie ma artystów większych i mniejszych. Każdy, kto tworzy coś z niczego jest artystą.
               - Równie dobrze można powiedzieć, że nie ma lekarzy lepszych i gorszych - zauważyłam, poprawiając nerwowo rozsypującego się koka. - Każdy kto leczy jest lekarzem. Nieważne jak leczy...
               - Medycyna i sztuka to dwie całkiem inne rzeczy młoda panno - zaprotestował pan Grant surowo, ale bez złości. - Nie mieszajmy tych dwóch światów.
               - W medycynie nie ma miejsca na wyobraźnię - przyznałam, zaciskając palce na pasku torby.
               - Oh, zdziwiłabyś się moja droga - roześmiał się mężczyzna. - W medycynie tylko wyobraźnia pozwala cokolwiek osiągnąć.
               Nie odpowiedziałam. Może właśnie dlatego zrezygnowałam ze swojego poprzedniego kierunku na studiach? Moja wyobraźnia najwyraźniej nie obejmowała krojenia ludzi, zaglądania im do gardeł i diagnozowania chorób.
               Przyjrzałam się obrazowi, który przedstawiał ogromną łąkę. W oddali rósł potężny, ciemny las, przerażający swoją czarną sylwetką. Na granatowym, wieczornym niebie rozbłysła błyskawica. Miałam wrażenie, że zaraz usłyszę ogłuszający grzmot. Przez wysoką trawę, w stronę mrocznych drzew szła powoli mała figurka dziewczyny w białej sukience. Jej długie, jasne włosy unosił porywisty wiatr, a fałdy sukni furkotały wokół chudego ciała. Niemal poczułam fale powietrza uderzające ją w twarz. Dziewczyna była jedynym jasnym elementem obrazu. Wydawała się oddalać i maleć z każdą chwilą, zmierzając w stronę niebezpieczeństwa, jakby przyciągana przez ogromną, dziką siłę. Z całej pracy emanował dziwny niepokój.
               - Pozwól, że zgadnę - odezwał się nagle malarz. - Twoje imię nie zawiera litery "r".
               Skinęłam głową zaskoczona nagłą zmianą tematu.
               - Zaczyna się pewnie na "a" i brzmi jak miękki syk.
               Kolejne potwierdzenie.
               - Ale twoje nazwisko zawiera coś bardzo śmiercionośnego. A jednocześnie za śmiercią, którą niesie, kryje się słabość. [kill-zabijać; lean-słabość]
               - Skąd pan wie? - zmarszczyłam brwi, bo gość miał stuprocentową rację.
               - Potrafię zgadnąć jak ktoś się nazywa na podstawie jego wyglądu i zachowania - stwierdził pan Grant z kamienną twarzą.
               - Naprawdę? - moje brwi powędrowały do góry. - Jak pan to robi?
Z gardła mężczyzny wydostał się cichy chichot.
               - Twój chłopak powiedział mi jak się nazywasz - powiedział.
               Poczułam, że moje policzki robią się czerwone, gdy zdałam sobie sprawę, że dałam się nabrać.
               - Miło cię wreszcie poznać Alice Killean - facet zszedł ze stołka i wyciągnął twardą dłoń w moją stronę. - Nazywam się Harry Grant.
               Uścisnął moją zimną dłoń. Miał długie palce, wysuszone przez czas i terpentynę.
               - Za to pana nazwisko oznacza pomoc, niesioną innym [grant-darowizna] - zauważyłam.
               - Co jest dość ironiczne, bo ja potrzebuję twojej pomocy - uśmiechnął się szeroko mężczyzna, odsłaniając równiutki garnitur zębów. Proteza.
               - Jeśli będę w stanie, to chętnie pomogę - obiecałam, unosząc kąciki ust.
               Zadowolony pan Grant pokiwał głową i wrócił do swojego miejsca pracy. Spojrzał na płótno z zamyśleniem, jakbym przestała go interesować. Sztaluga stała tyłem do mnie, więc nie mogłam dostrzec obrazu, któremu przyglądał się staruszek.
               - Powiedz mi Alice - odezwał się nagle mężczyzna. - Co sądzisz o moich pracach?
               Rozejrzałam się po raz kolejny.
               - Są bardzo piękne - wyznałam, zbliżając się do jednego z rzędów obrazów. - Ale trochę samotne.
               - Samotne? - ciemne spojrzenie zatrzymało mnie w miejscu.
               - Pańskie obrazy są piękne, ale zamknięte, jak motyle przybite szpilką do tekturki w szklanej gablotce. Zachwycające, ale nic nie warte bez życia...
               Czułam się dziwnie, wypowiadając te słowa. Zwykle nie dzieliłam się z nikim swoimi przemyśleniami, nie licząc filozoficznych rozmów z Danem. Coś w tym człowieku sprawiało jednak, że ten sposób rozmowy wydawał się być jedynym właściwym. W dodatku bardzo chciałam zadowolić go swoją odpowiedzią. Miałam wrażenie, że każde pytanie to sprawdzian.
               Pan Grant spojrzał na mnie zamyślony.
               - Chyba masz rację - stwierdził, ku mojemu zaskoczeniu, nie wdając się w dyskusję po raz kolejny. - I tu pojawia się moje pytanie: co mam zrobić ze swoimi obrazami? Malowanie przestało sprawiać mi przyjemność. Po tylu latach czuję się pusty i bezwartościowy jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
               Rozpoznałam cytat z biblijnego Hymnu o Miłości.
               - Próbował pan je sprzedać? - spytałam, po krótkim zastanowieniu. - Myślę, że gdyby był pan sławny, kosztowałyby krocie, ale nawet jako nieznany artysta, sporo może pan na nich zarobić.
               Pan Grant prychnął. Odpowiedź niezaliczona.
               - Nie potrzebuję pieniędzy i tak niedługo umrę! - warknął.
               Czerń oczu znów stała się zimna niczym opal. Spanikowana uniosłam odruchowo ręce, jakby mężczyzna trzymał w dłoniach pistolet i miał mnie na muszce. Bałam się, ze gość może stać się nieobliczalny.
               - Rozumiem, rozumiem - powiedziałam szybko. - A myślał pan o tym, żeby podarować komuś swoje obrazy? Albo zrobić wystawę... Nawet nie za pieniądze - dodałam szybko. - Chodzi jedynie o to, żeby dzielić się sztuką. Bez tego malowanie nie ma sensu. Przynajmniej tak mi się wydaje - wzruszyłam ramionami. - Nie znam się na tym. Po prostu tak samo mam z pisaniem.
               Drapieżnik w oczach staruszka zniknął. Znów stał się niegroźnym malarzem.
               Test zdany.
               - W takim razie, zacznę od ciebie - stwierdził mężczyzna. - Wybierz sobie któryś. Zobaczymy czy twoja teoria jest słuszna.
               Rozejrzałam się bezradnie po pomieszczeniu.
               - Mogę wziąć wszystkie? - jęknęłam.
               - Może na razie ogranicz się do jednego - poradził pan Grant.
               Naprawdę chciałam zabrać ze sobą każdy obraz, na który padło moje spojrzenie. Wszystkie bez wyjątku miały w sobie coś, co sprawiało, że chciałam gapić się na nie bez końca. Wreszcie jednak znalazłam to, czego szukałam. Podeszłam do ściany, która w przeciwieństwie do reszty nie była tak gęsto obwieszona obrazami. Dzieło, które spodobało mi się najbardziej przestawiało gwieździstą noc. Widziałam tylko niebo pełne gwiazd i małe dziecięce rączki, wyciągnięte w górę, jakby próbowały złapać któryś z błyszczących punkcików. Przyjrzałam się obrazowi z bliska, zadzierając odrobinę głowę. Część gwiazd wcale nie było gwiazdami, ale małymi świetlikami. Zdałam sobie sprawę, że patrzę na niebo z perspektywy właściciela rączek. Z obrazu emanował dziecięcy zachwyt otaczającym światem. Poczułam się jakby znów miała pięć lat.
               - To ten - szepnęłam, bojąc się, że jeśli powiem coś głośniej, dziecko przestanie być takie beztroskie i spojrzy na mnie pytającym wzrokiem, a chwila uchwycona na obrazie umknie razem z uciekającymi świetlikami.
               - Co to za pierścień?
               Drgnęłam i oderwałam spojrzenie od gwieździstego nieba. Pan Grant stał blisko mnie i przyglądał się łańcuszkowi na mojej szyi. Nie usłyszałam, jak podchodził. Cofnęłam się o krok i odruchowo dotknęłam ozdoby, przyglądając się szaremu oczku w pierścieniu.
               Jego chłodny dotyk zawsze uspokajał mnie w trudnych chwilach. Kiedy się denerwowałam, nakładam kółko na palec i kręciłam nim kilka razy. To był już odruch. Jak magiczne zaklęcie, odganiające smutek i tęsknotę.
               - Należał w młodości do mojej mamy - wytłumaczyłam. - Kiedyś nosiłam go bo mi się podobał. Nie miał dla mnie zbyt wielkiego znaczenia, był jedynie ozdobą, ale teraz... - uśmiechnęłam się lekko. - Przypomina mi dom.
               - Chyba nie jest zbyt wartościowy - zauważył mężczyzna.
               - Zależy dla kogo - wzruszyłam ramionami. - Chociaż ma pan rację. Mama kupiła go na targu staroci za kilka funtów.
               Malarz, wciąż nie odrywał wzroku od ozdoby, co sprawiło, że na moje policzki jak zwykle wypłynął rumieniec. Obróciłam się bokiem do staruszka i stanęłam na placach, żeby delikatnie dotknąć krawędzi wybranego przez siebie dzieła.
               - Czy powinnam za niego zapłacić? - spytałam. - Nie mam pieniędzy...
               - Mówiłem już, że nie potrzebuję pieniędzy - skwitował pan Grant.
               Obraz został zdjęty i już po chwili trzymałam w dłoniach chłodne płótno, przyglądając mu się z zachwytem.
               - Bardzo dziękuję - znów ściszyłam odrobinę głos, kiedy magia nocy opanowała moje serce po raz kolejny. - Naprawdę. Jest wspaniały.
               - To moje najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa.
               Ciemne oczy również zerkały na pracę z ciepłem.
               - Wystarczy na dziś - powiedział nagle mężczyzna. - Miło było cię poznać. Przyjdź kiedyś, żebym mógł powiedzieć ci, czy twoja odpowiedź była poprawna.
               To chyba oznaczało, że powinnam już wyjść. Wzięłam obraz pod pachę i ruszyłam w stronę wyjścia. Otworzyłam drzwi zamaszystym gestem. Ciemność ukazała się w całej okazałości, niemal odbierając mi dech swoją potęgą.
               - Nie bój się ciemności - odezwał się pan Grant, stojąc za mną. - Ciemność to tylko brak światła. Dopiero, gdy opanowuje twoje serce i myśli staje się powodem do niepokoju. Dopóki nie dopuścisz mroku do siebie, nie ma się czego bać.
               Pokiwałam głową i odetchnęłam głęboko, usuwając ciemność ze swojej głowy. Zrobiłam zdecydowany krok do przodu i zanurzyłam się w czarnym korytarzu.

***

               Kiedy wreszcie znalazłam się w swoim ciasnym mieszkanku, zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem zmęczona. Obraz ciążył mi w dłoniach, gdy stanęłam w salonie i rozejrzałam się po pomieszczeniu, próbując znaleźć dla mojego nowego nabytku jakieś godne miejsce. Spojrzałam na ścianę, pokrytą w całości różnymi drobiazgami i zmarszczyłam brwi.
               Coś się tu nie zgadzało. Czegoś było za dużo.
               Odstawiłam płótno na fotel i podeszłam do poprzyklejanych karteczek, breloczków, czy biletów. Nie potrafiłam stwierdzić co się zmieniło, ale byłam przekonana, że jest tu coś czego nie powinno być. Patrzyłam na tę ścianę codziennie i jej ogólny zarys dokładnie wyrył mi się w głowie, więc to "coś" drażniło moją podświadomość jak kamyk w bucie.
               Analizowałam ścianę centymetr po centymetrze. Wreszcie, wśród karteczek samoprzylepnych, których było tak wiele, że jedne zasłaniały drugie, dostrzegłam nową notkę, której nie byłam autorką.
Sięgnęłam po biały kwadracik i zerwałam go, żeby przyjrzeć się bliżej wiadomości. Na papierze zostało napisane tylko jedno słowo. Natychmiast rozpoznałam pismo Dan'a. Z resztą, kto inny mógłby zostawiać kartki na ścianach mojej Jaskini?
               - Oblivion - mruknęłam, wpatrując się w karteczkę. - O co ci chodzi Dan?
               Przytwierdziłam skrawek papieru na miejsce. Na razie ten wyraz nie miał dla mnie żadnego sensu. Nie miałam pojęcia, że w dalekiej przyszłości, po wielu wydarzeniach, o których teraz nawet mi się nie śniło, nabierze całkiem innego znaczenia.
Że będzie jednym z najważniejszych słów na świecie.

~.~.~.~

No i co...? Myślicie, że jak tak bezczelnie wbijecie mi 1500 wyświetleń, to tak po prostu was oleję i nie wrzucę nowego rozdziału? Wiem, że miał pojawić się za kilka dni, ale jesteście tacy cudowni, że nie mogłam, no nie mogłam go nie wrzucić teraz.
Bardzo wam dziękuję i zapraszam do komentowania!

środa, 17 września 2014

Plany mieszkań

Dzisiaj spędziłam bardzo konstruktywną lekcję historii i społeczeństwa, na której pokazywałam przyjaciółkom plan apartamentów Dana i Alice, więc skoro już istnieje to i z wami się podzielę (nie, na nowy rozdział dzisiaj nie liczcie... pojawi się w piątek po południu, ale może wcześniej (tj jutro) podzielę się z wami czymś ciekawym :D nie wiem, zobaczy się, moje życie to jeden wielki nieogar...)
Także prezentuję mieszkanka i wiem, że mogą być trochę nieczytelne, ale nie chce mi się i nie mam czasu  przerzucać tego wszystkiego na kompa :D Mądre dzieciaki jesteście, jestem pewna, że ogarniecie (na ołówkowe szkice w domu Dana nie patrzcie... nie mam gumki do ścierania, pozrawiam)
(A te dziwne paski w domu Dana przy kuchni i w salonie, to jeden schodek. Strzałka pokazuje tak jakby, gdzie jest wyżej xD)

Przepraszam za brak jakichkolwiek proporcji i kompletny antytalent plastyczny...

Miłego popołudnia kochani!
PS: Nawet nie wyobrażacie sobie, jak się zdziwiłam, gdy zobaczyłam te 200 nowych wyświetleń od wczoraj... Naprawdę jest mi strasznie źle ze świadomością, że nie mogę wam dogodzić kolejnym rozdziałem. Nie hejtujcie mnie za to za bardzo :/ Wiecie, że was wszystkich uwielbiam
(Zlecenia pewnie wrzucałabym częściej, bo nie wymagają ode mnie tyle czasu... gdybym jakieś miała :P Niby tak chcą czytać, ale jak już się pyta czy chcą coś konkretnego z całym Bastille albo tylko z pojedynczymi ich członkami, to nie powiedzą. Buły)

wtorek, 16 września 2014

Pomysły, pisanie, pomysły

Jestem informatykiem i właśnie ściągnęłam aplikację blogger na tableta! :D
Teraz mam taki łatwy i przyjemny dostęp do blogaaaa (ale oczywiście nigdy nie będzie podkreślać mi błędów, więc pewnie znajdzie się ich cała masa ;-;)
Tu pojawia się moje pytanie, bardzo (nie)związane z tą informacją:
Napisałam ostatnio krótkie, jednostronicowe ff dla przyjaciółki. Jest o siatkówce, zero związku z Bastille. Krótka scenka na podstawie mojego snu. Ten blog jest dla was, więc... chcecie, żeby wrzucała coś po za ,,Wilczą Dziewczyną"? Macie ochotę przeczytać coś więcej, niż tylko przygody Dalice?
(I wciąż czekam na jakieś zlecenia tak, taaaak, pisanie opowiadań może być moją pracą :D)

12. Cudownie?

            Coś potrząsnęło moim ramieniem. Ocknęłam się z letargu i wyrwałam słuchawki z uszu, czując jak głowa wybucha tępym bólem od zbyt głośnej muzyki. Czasem, gdy pisałam, wpadałam w trans i traciłam kontakt z rzeczywistością. Palce śmigały po klawiaturze bez mojego udziału, a ja wpatrywałam się w ekran jak zombie. Pisarskie odloty zdarzały mi się rzadko, ale dzisiaj przeszłam samą siebie.
            Dan pochylał się nade mną.
            - Wszystko w porządku? - spytał niemrawo. - Przeszkodziłem ci?
            Pokręciłam głową, uciskając skronie. Ból na chwilę odebrał mi mowę, ale po kilku sekundach wszystko zaczęło wracać do normy. Powoli rozciągnęłam ciało, krzywiąc się, gdy stężałe mięśnie krzyknęły z oburzeniem, wyrwane ze stanu zawieszenia. Miałam wrażenie, że ktoś zatopił mi w szyi metalowe pręty, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Wszystko mnie bolało, ale nie przejęłabym się tym za bardzo, gdyby nie pękała mi głowa. Głowa zawsze była najgorsza. Odetchnęłam głęboko i wreszcie spojrzałam na chłopaka, siedzącego na brzegu łóżka. Wpatrywał się we mnie uważnie, ściskając kurczowo brzeg narzuty, pod którą leżała kołdra. Wyglądał jakby zaraz miał zwymiotować.
            - Coś się stało? - zmarszczyłam brwi.
            Dan pokiwał głową z oczami większymi niż spodki. Czekałam, aż wytłumaczy mi, o co chodzi, ale on wciąż milczał, jakby musiał skoncentrować się na samym oddychaniu, żeby nie paść na zawał.
            - Dan...
            - Będę miał koncert.
            Na początku nie zrozumiałam. Gapiłam się na chłopaka bez wyrazu, mrugając jak idiotka, ale Smith nawet nie zauważył mojej reakcji.
            - Boże - szepnął, patrząc przed siebie. - Będę śpiewał dla ludzi.
            Coś, co od zawsze było największym marzeniem, a jednocześnie najstraszniejszym koszmarem chłopaka właśnie stało się realne.
            A on sam nie miał pojęcia jak czuć się w związku z tym.
            Na szczęście ja wiedziałam.
            - Boże Dan! - krzyknęłam łapiąc szatyna za głowę, śmiejąc się z niedowierzaniem. - To cudownie!
            Zmusiłam Smitha do spojrzenia mi w oczy.
            - Cudownie? - chłopak zmarszczył brwi, jakbyśmy rozmawiali o dwóch całkiem innych rzeczach. - Chyba się zrzygam...
            Poczochrałam włosy Dana i uniosłam się, żeby pocałować go w czoło z podekscytowaniem.
            - Nie rzygaj - rozkazałam z uśmiechem. - Nie rzygaj głupku. Twoje marzenie się spełni!
            - Cudownie... - mruknął szatyn wciąż sparaliżowany. - Cudownie.
            Westchnęłam na widok przerażenia Smitha. Usiadłam mu na kolanach, obejmując nogami w biodrach, tak że kostki krzyżowały mi się za plecami chłopaka. Dan spojrzał na mnie przytomnie dopiero, gdy objęłam go za szyję.
            - Posłuchaj Danny - powiedziałam miękko. - Śpiewanie zawsze było twoim marzeniem, prawda?
            Szatyn pokiwał głową, wpatrując się we mnie jak zagubione dziecko, wsłuchujące się w spokojny głos dorosłego.
            - Nie traktuj tego jak coś złego. Spełnianie marzeń nie jest złe. Owszem - wzruszyłam ramieniem. - Czasem jest strasznie, czasem bardzo nas to przeraża, ale nie ma nic złego w spełnianiu marzeń. Marzenia nie powinny sprawiać, że jesteś nieszczęśliwy, tak?
            Dan znów kiwnął głową. Jego urwany oddech zaczął powoli się uspokajać. Atak paniki minął.
            - No - cmoknęłam chłopaka w nos zadowolona, że coś do niego dotarło i uwolniłam go od swojego ciężaru. - To teraz poproszę szczegóły.
            - Przed chwilą dostałem mail'a od gostka z Dynamo - wytłumaczył Smith, dochodząc do siebie. - Wiesz, to ta kawiarnia, w której czasem śpiewają niewielkie zespoły. Kiedyś tam byliśmy - w głosie szatyna pojawiło się rozbawienie. - Oblałaś kelnerkę kawą.
            - Ta... - przewróciłam oczami. - Nazywała się Chrissy. Ale kawa była zimna - dodałam z oburzeniem. - Nic jej się nie stało! Po za tym okazało się, że Chrissy chodzi na nasz Uni. A po za tym była bardzo miła... Stwierdziła, że wreszcie da pretekst swojemu pracodawcy, żeby wyprał ich fartuchy.
            Dan zachichotał cicho, a ja oparłam się o jego ramię. Chłopak splótł odruchowo palce naszych stykających się dłoni.
            - Właśnie gdy ty przepraszałaś tą całą Chrissy, ja zagadałem do właściciela. Nawet nie wiem dlaczego... Akurat grało The Pieces Of Eight, czy jakoś tak. Byli całkiem nieźli, chociaż nazwę mieli trochę dziwną. Obserwowałem ich przez kilka piosenek i wtedy dotarło do mnie, że też tak chcę - westchnął głośno. - Też chcę śpiewać na scenie... Dlatego powiedziałem gostkowi, że jak będzie miał wolne miejsce, to mogę wpaść coś zaśpiewać. Właściwie nie spodziewałem się niczego wielkiego, więc pomyślałem "dlaczego nie"? Dałem facetowi swojego mail'a, a on powiedział, że może się odezwie. No i się odezwał.
            Dłoń Dana, zaciskająca się na moich placach, była wilgotna.
            - Kiedy? - spytałam.
            - Równo za tydzień. W sobotę. Mam pół godziny, bo akurat odpadł im zespół, który miał zagrać. Jak na ten lokal to bardzo dużo. Na jakieś pięć piosenek.
            - Myślałeś już co zagrasz?
            - "Alchemy", "Irrevernece", "Words Are Words" i mam w planach dwie nowe piosenki, ale nie wiem czy zdążę je dokończyć.
            - To już są dwie? - uniosłam brwi, patrząc na szatyna z zainteresowaniem.
            Smith posłał mi krzywy uśmieszek.
            - Jakoś tak wyszło... Nad jedną pracuję już od bardzo dawna. Po prostu wolę o nich nie mówić, dopóki nie będą skończone...
            - W takim razie masz sporo pracy, co?
            - Trochę. Ale może dam sobie radę w tydzień...
            Przyjrzałam się Danowi, a chłopak odwzajemnił spojrzenie. Błękit oczu skrzył się jak świeży śnieg, odbijający światło latarni w ciemną noc Bożego Narodzenia.
            - Cieszysz się, prawda? - stwierdziłam podejrzliwym tonem.
            Szatyn zagryzł dolną wargę, powstrzymując uśmiech i pokiwał głową tak mocno, że więcej kosmyków opadło mu na czoło.
            - Wiedziałam - wyszczerzyłam się.
            Szczęśliwy chłopak obdarzył mnie ciepłym pocałunkiem. Jego zaniedbany zarost podrapał mnie w usta. Dan odsunął się tak nagle, że na chwilę znieruchomiałam z rozchylonymi wargami.
            - Zwalę to - powiedział przerażony. - Na pewno coś zwalę. Lepiej powiem, że nie mogę.
            - Nie ma mowy! - zaprotestowałam. - Pójdziesz tam i dasz świetny występ.
            - Ale ja nie umiem... - jęknął chłopak, ukrywając twarz w dłoniach. - Jestem beznadziejny, nie umiem śpiewać ani grać, ani nic nie umiem...
            - Oh Dan... - westchnęłam ze zrezygnowaniem. - Jesteś wspaniały! Przestań się tak zachowywać... Daniel! - pacnęłam Smitha w głowę, gdy wciąż nie reagował.
            Zaskoczony chłopak spojrzał na mnie natychmiast. Nie lubiłam używać jego pełnego imienia, ale gdy zostawałam do tego zmuszona, Dan wiedział, że mówię poważnie.
            - Posłuchaj mnie idioto. Jesteś dobrym piosenkarzem. Naprawdę. Twój śpiew jest piękny i poruszający. Zakochałam się w tobie, gdy po raz pierwszy mi zaśpiewałeś, wiesz? - uniosłam jeden kącik ust. -  Nawet jeśli coś się stanie, to nie musisz się martwić. Każdemu zdarzają się pomyłki. W razie czego, ja też tam będę i zrobię z siebie idiotkę, żeby odwrócić od ciebie uwagę - wyszczerzyłam się łobuzersko, ale zaraz spoważniałam. - Obiecaj mi, że nie zmarnujesz tej szansy. Obiecaj mi, że wystąpisz. Proszę Danny...
            Dan spuścił wzrok i oparł się czołem o moje czoło, zamykając oczy.
            - Obiecuję - powiedział cicho.
            - To dobrze.
            - Kocham cię.
            - Ja ciebie też.
            Bardzo rzadko mówiliśmy sobie, że się kochamy. Te słowa były zbyt piękne i ważne, żeby rzucać nimi tak często. Jeśli powtarzalibyśmy je codziennie, po jakimś czasie straciłyby moc. Ważne słowa powinno się pielęgnować, ukrywać w małej skrzyneczce i tylko w ważnych chwilach uchylać wieczko, żeby móc podziwiać swój największy skarb.
            Przez chwilę pozwoliliśmy sobie na zwyczajne milczenie. Echo naszych szeptów w mojej głowie znikało bardzo powoli.
            - Masz zamiar wracać dziś do domu? - spytał wreszcie chłopak, odsuwając się.
            Wstał z łóżka i zaczął zbierać luźne kartki z biurka. Zerknęłam na zegarek i wytrzeszczyłam oczy. Nie sądziłam, że jest aż tak późno.
            - To zależy - mruknęłam, wyłączając przegrzany laptop z kilkunastoma stronami opowiadania.
            - Od czego?
            - Od tego czy chcesz, żebym wróciła do domu - odparłam, czekając na reakcję Dana.
            Chłopak nie odpowiadał przez jakiś czas. Wyraźnie toczył ze sobą wewnętrzną walkę, a ja przyglądałam się z niedowierzaniem jego plecom. Przecież wystarczyło kilka prostych słów. Zostałabym.
            - Chyba powinienem popracować nad piosenkami - stwierdził wreszcie szatyn, stojąc tyłem do mnie.
            Ukryłam rozczarowanie. Uśmiechnęłam się lekko i przytuliłam szatyna. Miałam nadzieję, że koszmary nie będą go męczyć tej nocy.
            - Tylko nie siedź do rana - mój głos został stłumiony przez sweter chłopaka. - A gdybyś nie mógł spać, to dzwoń.
            Dan pocałował czubek mojej głowy z wdzięcznością. Dałam chłopakowi buziaka i pożegnałam się z nim.
            - Dobranoc - powiedziałam, wychodząc na ciemny podest. - Będzie dobrze.
            Nie wiedziałam czy mówię o nocy, czy zbliżającym się koncercie
            - Mam taką nadzieję - westchnął chłopak i zapalił żarówkę.
            Schody skąpało żółtawe światło. Ledwo widziałam zarys schodów. Za barierką czaił się mrok, kotłujący się na parterze. Zejście zawsze przypomniało mi odrobinę to z domu Dudley'ów z Harry'ego Potter'a, tylko o wiele ciaśniejsze i znacznie mroczniejsze. No i oczywiście bez małego czarodzieja, mieszkającego w komórce pod schodami.
            Dan poczekał aż zejdę na sam dół, pomachał do mnie i zamknął drzwi.

***

            Chłopak oparł się czołem o ścianę i odetchnął głęboko. Będzie grał na scenie. Zaśpiewa swoje własne piosenki. Wreszcie będzie mógł spełnić marzenie, które towarzyszy mu odkąd skończył piętnaście lat.
            Gdyby tylko nie ci wszyscy ludzie, którzy będą się na niego gapić...
            Przeszczęśliwy, a jednocześnie sparaliżowany stresem udał się do pokoju, wyjmując z lodówki kolejną butelkę piwa. Usiadł przed keyboard'em i na próbę zagrał nową piosenkę. Utwór miał być specjalnie dla Alice, więc wszystko musiało być perfekcyjnie.
            Rozpoczął pracę z determinacją wypisaną na twarzy.
            Nawet myśl o koszmarach przestała wysysać z niego energię. Teraz miał ważniejsze problemy na głowie.
            - Co zrobić w drugiej zwrotce? - spytał siebie załamany.

***

            Nagle zrobiło się nienaturalnie cicho. Zatrzymałam się pod ścianą i zaczęłam grzebać w torbie, żeby znaleźć kluczyki do samochodu. Na zewnątrz panowały już egipskie ciemności, a ja jak zwykle zaparkowałam pod zepsutą latarnią.
            - No gdzie jesteś ty mała cholero... - mruczałam, niemal wsadzając głowę do zagraconego wnętrza torby.
            W tym momencie zgasło światło. Znieruchomiałam. Nie miałam pojęcia, że żarówka automatycznie się wyłącza. A co gorsze, nie wiedziałam jak włączyć ją ponownie. Nie widziałam nawet swoich dłoni. Zupełnie jakbym nagle oślepła. Znajdowałam się całkiem sama w ciemności. Na mój niespokojny oddech nałożyło się czyjeś ciche westchnienie.
            Jezu. Ktoś tu był.
            Zaczęłam się cofać, aż namacałam ścianę. Głos uwiązł mi w gardle. Może tylko mi się wydawało. Może strach Dana zagnieździł się również w moim sercu.
            Podłoga skrzypnęła gdzieś po prawo. Ledwo żywa ze strachu wydałam z siebie zduszony jęk. Moja dłoń, gorączkowo szukająca ratunku, namacała klamkę. Nie myśląc dokąd prowadzą, otworzyłam drzwi i wpadłam do oświetlonego pomieszczenia, dysząc ciężko. Zabarykadowałam się z powrotem i odwróciłam się w stronę źródła światła.
            Znajdowałam się w mieszkaniu pana Grant'a.


~.~.~.~

1000 wyświetleń!
Miałam sobie dzisiaj odpuścić, ale skoro tak stawiacie sprawę, to chyba nie mam wyboru, jak dodać kolejny rozdział...  Jesteście wspaniali :D
mam nadzieję, że się podobało i zapraszam do komentowania (zaczynam to pisać, ups...)


(po za tym jakoś ten rozdział nadaje się na dobicie 1000...)

sobota, 13 września 2014

11. Próbujemy żyć normalnie

             Kiedy tylko weszłam do domu, usłyszałam nagły ruch w salonie i po chwili zza framugi wychyliła się brązowa czupryna, niebieskie oczy, skrzące się jak u małego chłopca i uśmiech z wyszczerbionym zębem. Pierwsze co przyszło mi do głowy na widok Smitha, to radosny labrador, czekający na powrót właściciela.
            - Cześć! - głos szatyna również w dziwny sposób przypomniał szczeknięcie szczęśliwego psa.
            Dan podbiegł do mnie i zabrał większość siatek. Przyglądałam się uważnie jego twarzy. Cienie pod oczami oraz bladość skóry nie zniknęły, ale w samej pozie Smitha było coś... Coś co sprawiało, że jego pesymizm był bardziej Danowy, a nie, jak ten spowodowany nocnymi torturami.
            Dopiero gdy odstawiliśmy torby na kuchenny stół, odważyłam się spojrzeć na szatyna poważnie i poruszyć nielubianą przez nas kwestię.
            - Jak koszmary? - spytałam, próbując nadać głosowi lekki ton, jednak nie potrafiłam powstrzymać drżenia, które towarzyszyło ostatniemu słowu.
            Chyba nie zniosłabym zawodu, gdyby wszystkie nasze wysiłki poszły znów na marne.
            Dan przez chwilę się nie odzywał. Nie zastanawiał się jednak nad odpowiedzią. Po prostu patrzył na mnie w milczeniu, jakby chciał nas na zawsze zapamiętać, a światło w jego oczach było takie miękkie i piękne, że zabrakło mi tchu. Chyba nigdy tak naprawdę nie doceniłam urody tego głupiego chłopaka.
            - Żadnych - odpowiedział wreszcie szatyn, a jego uśmiech poszerzał się z każdą sekundą, jakby do niego też nagle dotarł ten fakt. - Żadnych koszmarów przez całą noc.
            Nie mogłam powstrzymać radosnego pisku, kiedy rzucałam się na szyję Smitha. Przytuliłam go z całej siły, czując każdą kość chłopaka i każde jego radosne westchnienie. Był ciepły. Żywy. Wreszcie przestał przypominać martwą skorupę.
            Zdałam sobie sprawę z tego, że Dan uniósł mnie w powietrze, dopiero gdy znalazłam się z powrotem na podłodze. Szatyn wciąż obejmował mnie ramionami i wszystko nareszcie zaczynało być w porządku.
            Ale wtedy to powiedziałam.
            - Wilcza Dziewczyna już nam nie dokuczy.
            Nie wiem dlaczego. Nie wiem dlaczego postanowiłam zepsuć tę wspaniałą chwilę. Może ten ulotny moment szczęścia sprawił, że przestałam być czujna. Może chciałam się upewnić, że naprawdę wszystko jest okay. A może udowodnić nam obojgu, że wciąż mamy jeszcze wiele problemów na  głowie.
            Powód nie był ważny. Ważny był fakt, że oczy Dan'a na chwilę zgasły, a ja od razu to zauważyłam.
            - Nie widziałeś jej dziś prawda? - spytałam ostrożnie.
            - Nie, a ty?
            - Nie.
            Wiedziałam, że kłamał. On też wiedział, że kłamałam.
            Ale żadne z nas nie chciało się pierwsze przyznać, że wie. Dlatego po prostu ten jeden raz odsunęliśmy od siebie wszystkie czarne chmury i postanowiliśmy być normalnie szczęśliwy.

            - Co masz dzisiaj w planach? - spytałam, kiedy wzięliśmy się za rozpakowywanie siatek z zakupami. - Makaron do tej szafki.
            - Czy ja wiem... - Dan wrzucił torbę z żółtymi rurkami we wskazane przeze mnie miejsce. - Chciałem popracować nad nową piosenką...
            Zawsze, gdy mówił o muzyce, koniuszki jego uszu barwiły się lekki róż.
            - Masz nową piosenkę? - uniosłam brwi, wyjmując z torby serek topiony, którego używałam zamiast masła. - Jak ci idzie?
            - Właściwie dopiero ją zacząłem... Gdzie to?
            Spojrzałam na paczkę moich ulubionych płatków w dłoni chłopaka. Na kostce żółtego sera, który właśnie trzymałam, zostały odciski palców, ale moja twarz niczego nie zdradziła.
            - Do tej samej co makaron - mruknęłam.
            - A ty? - spytał Smith. - Co będziesz robić?
            - To co zwykle - wzruszyłam ramionami. - Będę pisać. Dostałam zlecenie od niewielkiej gazety na krótkie opowiadanie. Muszę oddać za pięć dni, więc chyba czas coś z tym zrobić. Po za tym zaległa praca na zajęcia czeka...
            - Wiesz mam pomysł - stwierdził Dan, podając mi bochenek chleba. - Możemy popracować u mnie.
            Spojrzałam na szatyna z zainteresowaniem.
            - Albo u ciebie - dodał szybko speszony chłopak. - Tak jakby razem... Ale osobno... No wiesz, ja będę robił swoje, a ty swoje - zaczął tłumaczyć się niezdarnie, a kiedy wciąż nie odpowiadałam, odwrócił się gwałtownie w stronę pustych już siatek. - Albo w ogóle nie musimy... Pewnie nie chcesz żebym ci przeszkadzał. Przepraszam.
            Jego włosy sterczały na wszystkie strony, sprawiając, że nie mogłam dokładnie określić kształtu głowy szatyna.
            W tym momencie był tak przerażająco Danowy, że nie potrafiłam powstrzymać śmiechu.
            - Zgoda - kiwnęłam głową i podeszłam do Smith'a, wciąż stojącego tyłem do mnie. - Dzisiaj będziemy u ciebie.
            Stanęłam na palcach i pocałowałam plecy chłopaka między łopatkami, tak żeby nie dotknąć go żadną inną częścią ciała. Czasami Dan bywał tak zażenowany faktem swojego istnienia, że nie chciałam zmuszać go do pokazywania mi twarzy. Niech sobie udaje, że świat go nie widzi. Ja i tak nie widziałam świata po za nim.

***

            Podczas śniadania (jeśli można tak nazwać kanapki z dżemem i zapiekankę z szynką z mikrofali) okazało się, że jest już po 16, dlatego czasu na pracę pozostało niewiele. Mimo to pogoda ten jeden raz postanowiła nam dopisać, więc słońce wciąż mocno przygrzewało. Siedziałam na parapecie w mieszkaniu Dan'a, czekając, aż chłopak zaparzy herbatę. Przyjemnie ciepła szyba wyzwoliła moje kocie instynkty. Miałam ochotę skulić się w kłębek i mruczeć przez sen, gdy promienie słońca padną na mój grzbiet.
            Po podwórku pana Grant'a skakało słońce, prześwitując między innymi kamienicami. Nagle poczułam niemal bolesną potrzebę dotknięcia chłodnej trawy. Pod wpływem impulsu, otworzyłam okno i wychyliłam się przez nie, nabierając wiosennego powietrza do płuc. Tutaj spaliny nie docierały z taką łatwością. Na sąsiadujących ze sobą podwórkach rosły drzewa, które zatrzymywały odór i hałas miasta. Czułam się niemal jakbym wróciła do rodzinnego domu.
            - Dan - odezwałam się z zamkniętymi oczami, łapiąc na czubek nosa złocistą plamkę słońca. - Co powiesz na piknik?
            Szatyn krzątał się w kuchni, więc nie usłyszał mnie dokładnie.
            - Słucham?
            - Chodźmy na dwór - powiedziałam głośniej.
            - Mieliśmy pracować.
            Głos chłopaka zbliżył się do mnie. Otworzyłam oczy i przyjęłam z wdzięcznością gorącą zieloną herbatę. Zauważyłam, że Dan zebrał wszystkie listki, które nie zaparzyły się do końca i dryfowałyby teraz na powierzchni. Niemal wszystkie. Jeden mały patyczek unosił się pionowo, przebijając spokojną taflę herbaty. Smith wiedział, że zgodnie z chińskim przesądem, jest to przepowiednia szczęścia. Wiedział też, że zawsze, podczas picia herbaty, poszukuję pomyślności, zamkniętej w malutkim patyczku i za każdym razem dzielę się z Dan'em radosnym odkryciem. Uśmiechnęłam się lekko, zerkając na chłopaka, który wyglądał przez okno.
            - Możemy pracować na dworze - zaproponowałam. - Zobacz, to szczęście - podetknęłam mu kubek pod nos mimo, że wiedział o dryfującym patyczku.
            Szatyn spojrzał na herbatę, a kąciki jego ust powędrowały z zadowoleniem w górę.
            - To znaczy, że możemy iść na dwór i pogoda będzie dla nas łaskawa - stwierdziłam z przekonaniem.
            - A baterie w sprzęcie? - pesymizm Dan'a nie tak łatwo było uciszyć. - Muszę mieć podłączonego laptopa i keyboarda. Ty tak samo...
            Zastanowiłam się przez chwilę nad tym problemem.
            - Możemy załatwić jakiś przedłużacz - zauważyłam lekko.
            Szatyn westchnął ciężko i wyjrzał przez okno niepewnie
            - Jeśli bardzo chcesz... - powiedział wreszcie cicho.
            Przechyliłam głowę i przyjrzałam się uważnie chłopakowi. W jego oczach błyskała panika. Wyraźnie zmuszał się, żeby zachować spokój.
            - Wiesz... - zaczęłam, udając, że cały entuzjazm mnie opuszcza. - Zanim znajdziemy ten cały przedłużacz słońce i tak pewnie już zajdzie, a mamy sporo pracy. Następnym razem.
            Dan'owi nie udało się zamaskować westchnienia ulgi. Jego ramiona natychmiast opadły, a na twarzy zagościł uśmiech.
            - Okay.
            Nigdy nie spytałam dlaczego wizja wyjścia na dwór tak go przeraziła. Może chodziło o Wilczą Dziewczynę. Może nie chciał śpiewać na dworze (chociaż mówił, że w okolicy mieszkają tylko przygłuche dziadki). A może powód był całkiem inny.

***

            Niewolnictwo. Za tym słowem kryje się ból milionów istnień. Strach. Głód. I męka. O czym myśli osoba wystawiona na sprzedaż jak mięso na targu? Jak czuje się dziewczyna, która stoi naga, z dłońmi przywiązanymi za plecami do słupka? Czekająca czasem wiele  gorących dni i zimnych nocy, aż jakiś mężczyzna kupi ją za kilka złotych monet i zabierze do domu, żeby do końca życia pracowała w kuchni lub zabawiała gości. Większość dziewcząt...

  
            - Ummm... Alice?
            Uniosłam wzrok znad laptopa. Dan siedział przy swoim keyboardzie, a ja wylegiwałam się na jego łóżku.
            - Słucham.
            - Nie będzie ci przeszkadzało, jak będę zawodził? - spytał chłopak.
            - Jasne, że nie - uśmiechnęłam się lekko.
            Speszony szatyn nacisnął palcem jeden z klawiszy. Na jego policzkach wykwitły czerwone plamy. Zawsze przerażająco się wstydził, gdy chodziło o muzykę.
            - Jesteś pewna?
            Nerwowe przeczesanie włosów. Niepewne zerknięcie w moją stronę
            - Jestem... - Dan patrzył na mnie w napięciu. - A może nie. Lepiej zatkam uszy zanim twoje fałsze sprawią, że mózg wypłynie mi nosem - wyszczerzyłam się złośliwie i sięgnęłam po słuchawki, leżące na stoliku do kawy.
            Smith uśmiechnął się szeroko, prezentując wyszczerbiony ząb, jak zawsze i z zadowoleniem zaczął bazgrać coś w notatniku. Włączyłam głośno muzykę, żeby zagłuszyć chłopaka. Mimo, że byłam jedną z niewielu osób, przed którą Dan nie wstydził się grać, to tworzenie muzyki wciąż wiązało się z jego prywatnym światem. Nie chciałam burzyć spokoju świątyni piosenkarza. Zwykli śmiertelnicy nie powinni widzieć, jak powstaje magia.

            Większość dziewcząt było przerażonych. Kuliły się, starając osłonić nagie ciało. Czasem w przypływie desperacji błagały, żeby zabrać je ze znienawidzonej wystawy, nawet jeśli oznaczało to ciężką pracę.
            Ale nie Joseline.
            Joseline była wściekła.
             Stała na wystawie drugi dzień, a już miała dosyć. Trzy razy w ciągu doby na targach jest zarządzana przerwa, gdy niewolnicy mogą załatwić potrzeby fizjologiczne i coś zjeść, jeśli oczywiście uda im się dopchać do jedzenia. Raz na dwa dni są myci. Resztę czasu spędzają przy słupkach, zmuszeni do znoszenia kupców, oglądających ich ze znużeniem. Zaglądających do ust, przeglądajacych uszy, oczy, badających figurę. Jak mięso.

            Nie mogłam się skupić na historii o niewolnikach, zleconej przez profesora Addison'a. Muzyka huczała w mojej głowie zbyt głośno. Głos Agnes Obel był naprawdę piękny, ale zwykle pisałam opowiadania w ciszy lub przy jedynie cichym jej nuceniu. Po za tym, mimo, że bardzo się starałam, nie mogłam powstrzymać ciekawości, więc co jakiś czas zerkałam ukradkiem na Dan'a.
            Chłopak pisał coś w zeszycie, naciskał klawisze, które nie wydawały dźwięku, mruczał bezgłośnie pod nosem i uderzał w klawiaturę laptopa. Wydawało się, że wszystkie czynności wykonuje na raz, całkiem zagłuszany przez piosenkę lecącą z moich słuchawek. Chciałam sięgnąć po swój zeszyt z notatkami, który zawsze miałam pod ręką i zacząć opisywać skupione oczy szatyna. Ich błękit był żywy, jak ocean w pochmurny dzień. Groźny i niespokojny, niczym drapieżnik, którego wyrwano ze snu. Niemal widziałam pieniące się fale, buzujące w tęczówkach Dan'a. Chciałam opisać jego długie palce, poruszające się bez przerwy, doskonale wiedząc co robią. Chciałam opisać ostry zarys szczęki, gdy chłopak zacisnął zęby. Kilkudniowy zarost, nabierający w tym świelte miedzianej barwy. Kosmyk włosów, który opadł na jego czoło. Spięte ramiona, unoszące się szybko w rytm oddechu. Wąskie, rozchylone usta, które co jakiś czas poruszały się niemal bez woli ich właściciela.
            Odwróciłam szybko spojrzenie i wbiłam wzrok w rzędy czarnych literek.
            To będzie długi wieczór.